“Jakie przyjmie imię? Jan Paweł II, przecież to logiczne”

Kobieta, żona, matka. Z jej zdaniem Karol Wojtyła, a później Jan Paweł II liczył się szczególnie. Często mówi się, że jest faktyczną autorką papieskich książek i katechez.

Wakacje w 1978 roku rodzina Półtawskich spędzała razem z Wojtyłą jak zwykle w domu nad Wisłokiem. Kardynał siadywał przed domkiem na zielonym składanym foteliku, który po latach trafił do Stefana Kosiarskiego, i przeglądał dawne notatki pisane przez Wandę. Wspólnie urządzali wędrówki na Górę św. Anny. W niedzielę, 6 sierpnia, Wojtyła wyznał przy śniadaniu, że śnił mu się papież Paweł VI i kiwał na niego. Zastanawiał się, skąd ten sen, bo papież nigdy wcześniej mu się nie śnił.

Po południu radio podało, że znacznie pogorszył się stan zdrowia przebywa­jącego w letniej rezydencji w Castel Gandolfo, prawie osiemdzie­sięciojednoletniego Pawła VI. Zasiadający na papieskim tronie od 15 lat były sekretarz nuncjusza apostolskiego w Polsce zmarł późnym wieczorem. Auto z Krakowa przyjechało po kardynała we wtorek 8 sierpnia. Jeszcze przed wylotem na konklawe zdążył napisać do Półtawskiej list: “Zostawiam Cię w rękach Bożych nad Wisłokiem i w Krakowie, i w Przemyślu”.

Konklawe rozpoczęło się 25 sierpnia i już następnego dnia na papieża wybrano patriarchę Wenecji, kard. Albina Lucianiego, który przyjął imię Jan Paweł I. Wojtyła, który podczas głosowa­nia dostał kilka głosów, wrócił do Krakowa 5 września – dwa dni po uroczystej inauguracji pontyfikatu. Jednak już 28 września pod Wawel dotarła smutna wiadomość: papież zmarł. Wojtyła powiedział Wandzie: “Myślałem, że mam więcej czasu”.

Po śmierci Pawła VI konklawe zwołano w najpóźniejszym z możliwych terminów. Tym razem było odwrotnie. Zwołano je błyskawicznie, na 14 października. Wojtyła ruszył do Rzymu przez Warszawę 2 października. Kiedy odjeżdżał, Półtawska za­pytała, jakie przyjmie imię.

“Jak to jakie, Jan Paweł II, przecież to logiczne” – odpowiedział za niego jej mąż. On sam milczał. Przed wylotem z Warszawy do Rzymu zdążył jeszcze wysłać do Wandy list, w którym jako temat medytacji wskazał jej fragment z Ewangelii św. Jana o Dobrym Pasterzu.

“Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest zło­dziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec. Temu otwiera odźwierny, a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kie­dy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych. (…) Ja je­stem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są zło­dziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bra­mą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie, i miały je w obfitości. Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzą­cego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, po­dobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jed­na owczarnia, jeden pasterz” (J 10, 1-16).

Półtawska doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jej przy­jaciel może zostać w Rzymie. Notuje: “Zostaniesz tym najwięk­szym pasterzem świata i nie wrócisz do nas!”. Coraz więcej wy­darzeń utwierdza ją w tym przekonaniu. Bo przyjechał ktoś ze Słowacji i “mówi, że cała Słowacja modli się”, by został papieżem. Bo do Wadowic przyjechał ktoś z włoskiej ambasady “na wywiad o Tobie”.

Nerwową atmosferę wyczekiwania dało się odczuć także w Rzymie. W Papieskim Kolegium Polskim, w którym zatrzy­mał się Wojtyła, przeczuwano, że krakowski kardynał może zo­stać papieżem. Arcybiskup Michalik, wówczas rektor tego domu, wspomina, że utwierdził się w tym przekonaniu już w sierpniu, gdy zapytał przyszłego papieża o to, ilu członków Kolegium Kardynalskiego nie zna osobiście. – Odpowiedział, że siedmiu. Wte­dy żartowałem sobie, by dał się wybrać, bo wtedy ufundowałby nam windę – opowiada. – W październiku poprosiłem go tylko, by wrócił na biało lub czerwono. Powiedział, bym się nie mar­twił, bo wróci.

W tych dniach w Rzymie odbywało się także spotkanie księ­ży odpowiedzialnych za duszpasterstwo wśród Polonii w Stanach Zjednoczonych. Zaproszenie na obiad kończący spotkanie dostali m.in. Jerzy Turowicz i Marek Skwarnicki. Ten drugi wspominał później, że podczas posiłku Wojtyła był dziwnie rozkojarzony. “Nigdy go takim przedtem nie widziałem. Wszyscy czuli, że coś się z tym człowiekiem, wzbudzającym zawsze respekt i miłość, dzieje niezwyczajnego” – zanotował.

Podobnie krakowski kar­dynał zachowywał się w czasie krótkiej rozmowy z dziennika­rzami już po posiłku. Z wielkim przejęciem opowiadał im, co robił w dniu śmierci Jana Pawła I. Skwarnicki podejrzewał, że “coś musiał osobliwego wówczas przeżywać”. Potem zaś przyszły papież uściskał obu publicystów, jak gdyby się z nimi żegnał “nie na parę tygodni, ale na dłużej”. A gdy Skwarnicki i Turowicz wychodzili z Kolegium, w drzwiach zatrzymał ich kapelan Woj­tyły, ks. Stanisław Dziwisz, który prosił ich o modlitwę o powrót kardynała do Krakowa.

W kolejnych dniach rankiem Wojtyła zwykle przewodni­czył mszy św. odprawianej w głównej kaplicy Kolegium Polskie­go. Podczas jednej z liturgii ks. Mieczysław Maliński w sponta­nicznej modlitwie wiernych modlił się o jego wybór na papieża. W modlitwie końcowej Wojtyła stwierdził: “Panie, który na sło­wa Piotra: odejdź ode mnie, bom jest człowiek grzeszny, doce­niłeś jego rozeznanie prawdy o sobie, udziel swym sługom łaski pokornego wejrzenia, aby Ciebie jedynie szukali i Ciebie jedyne­go znaleźli”.

Konklawe rozpoczęło się 14 października po południu. Na­stępnego dnia Półtawska odnotuje w dzienniku, że dym był czar­ny. 16 października zrobiła dwie notatki. W pierwszej informuje, że z mieszkania Wojtyły przy Franciszkańskiej 3 zabrała wszyst­kie swoje papiery i śpiwór. W drugiej – już po tym, gdy dowie­działa się o wyborze przyjaciela – pytała “jak dalej żyć”.

Zadzwonił następnego dnia i poprosił, by przyjechała z ro­dziną do Rzymu. Napisał też list:

“Od dwudziestu z górą lat. Od­kąd Andrzej powiedział po raz pierwszy »Duśka była w Ravensbrück«, powstało w mojej świadomości to przekonanie, że Bóg mi Ciebie daje i zadaje, abym poniekąd »wyrównał« to, co tam wycierpiałaś. I myślałem: za mnie wycierpiała. Mnie Bóg oszczę­dził tej próby, bo Ona tam była. Można powiedzieć, że przekona­nie takie było »irracjonalne«, niemniej ono zawsze było we mnie – i ono nadal pozostaje. Na tym przekonaniu rozbudowała się stopniowo cała świadomość »siostry«. I ta również należy do wy­miaru całego życia. Ona również nadal pozostaje. (.) Chcę (.) iść z Tobą dalej, poniekąd dzień po dniu”.

Dzień po dniu, ale jak? Półtawscy pojadą do Rzymu na inau­gurację pontyfikatu 22 października. By mieć pieniądze na bile­ty, sprzedadzą wartburga, tzw. kałapućkę, którą razem z Wojtyłą jeździli na wakacje. Dzień po inauguracji spotkają się z Janem Pawłem II, ale już 24 wieczorem będą z powrotem w Krakowie. Dwa dni później Półtawska zapisuje w zeszycie: “Napisałeś mi, wyjeżdżając z Wisłoka: »zostawiam cię w Bożych rękach«, bo wiedziałeś, że mnie, nas zostawiasz!”.

Kilka dni później jedzie nad Wisłok. Ma nadzieję, że od­najdzie tam spokój, którego jej brak. Na Górze św. Anny chce spędzić rocznicę święceń kapłańskich Wojtyły. W domku nad Wisłokiem znajduje jego stary szkaplerz. Zanotuje, że ma już pewność, że nie straci Brata. Rusza w góry. “Tu, w tym lesie, są ślady Twoich rąk i stóp i echo modlitwy Twojej! (…) Więc idę tak krok w krok za Tobą, nie patrząc dokąd, bo wiem, że prowa­dzisz Ty”.

Spokoju jednak nie ma. Martwią ją m.in. fotografie Brata umieszczane w gazetach obok “pornograficznych obrazków!”. “Myślę, że powinieneś światu pokazać godność człowieka i jego ciała, żeby pokazać prawdę o człowieku. To, że jesteś Papieżem, jest wielką szansą dla świata” – pisze.

Ukojenia szuka w mo­dlitwie do o. Pio. Właściwie nie wie, o jaką pomoc go prosi, ale mówi do niego. Przy okazji spekuluje, że “właśnie jest szansa, żeby zrobić Ojca Pio świętym!”. Jedzie do Lasek. Oczekuje pomocy od ks. Tadeusza Fedorowicza, ale jest zawiedziona. Sły­szy, że Pan Bóg rozpuścił ją, dając jej Wojtyłę. Fedorowicz kazał spalić wszystkie notatki i listy od niego. “Ale powiedział to poza spowiedzią i nie spalę ani jednego Twojego słowa”.

Miesiąc po wyborze ks. Juliusz Turowicz mówi jej: “Nie szu­kaj pomocy u nikogo z ludzi, nikt ci nie pomoże, bo jak człowiek tak się czuje, to tylko Pan Bóg może pomóc. Módl się”. A mimo to staje przed zamkniętymi drzwiami mieszkania Brata.

W wigilię Bożego Narodzenia Jan Paweł II pisze do Kra­kowa list i nakreśla Duśce zadania:

“byłaś i nadal pozostajesz moim »ekspertem« osobistym od dziedziny Humanae vitae. Tak było od dwudziestu z górą lat i to należy nadal utrzymać. W kontekst owego »eksperta« wchodzą różne sprawy, którymi de facto się zajmowałaś i na których się znasz, problem etycznej regulacji poczęć, wychowanie młodzieży »do miłości«, medycy­na pastoralna. O tematyce możemy porozmawiać szczegółowo. Również o metodzie stopniowej realizacji tej tematyki – myślę, że powinno się to dokonywać między Krakowem a Rzymem, a także pomiędzy Rzymem a innymi jeszcze ośrodkami. Myślę, że powinnaś utrzymać w Krakowie »I[nstytut] R[odziny]« oraz med[ycynę] past[oralną]. Funkcja zaś mojego »eksperta« polega­łaby na śledzeniu i referowaniu tego, co się dzieje w tej dziedzi­nie w świecie i w Polsce”.

W kolejnym liście ze stycznia 1979 roku będzie podkreślał, że w Krakowie musi robić wszystko co do tej pory, a “jeśli cho­dzi o Rzym – sprawy będą się precyzować”. “Ale już w tej chwili wiem, że pewne prace, które masz »na warsztacie«, trzeba dopra­cować, bo się przydadzą – a tu będzie można łatwiej je opubliko­wać (choćby opracowanie Twoich badań z poradni nt. skutków abortus, czy też skutków »antykoncepcji«”. Dalej wyjaśnia zaś, że sprawy jej przyjazdów do Rzymu “tłumaczą się współpracą, a prócz tego tłumaczą się tyloletnią przyjaźnią”.

W środę 5 września 1979 roku Jan Paweł II zaczyna podczas audiencji generalnych wygłaszać katechezy poświęcone teologii ciała. Do końca listopada 1984 roku wygłosi ich w sumie 130. Przedstawi w nich nową i spójną katolicką wizję ludzkiej płciowości i małżeństwa.

Kilka lat później jego biograf, a także jeden z najlepszych znawców jego nauczania, George Weigel powie:

“Kościół i świat będą już na dobre w XXI wieku, a może nawet jeszcze dalej, zanim teologia katolicka w pełni przyswoi sobie zawartość owych 130 katechez wygłoszonych podczas audien­cji generalnych. Jeśli teologia ciała zostanie potraktowana tak poważnie, jak na to zasługuje, może się okazać przełomowym momentem w wypędzaniu z katolickiej teologii moralnej manichejskiego demona wraz z jego deprecjonowaniem płciowości człowieka. Niewielu teologów moralnych równie poważnie jak Jan Paweł II potraktowało nasze bycie co do ciała mężczy­zną i kobietą. Niewielu odważyło się posunąć katolicką intuicję sakramentalną – niewidzialne postrzegane poprzez widzialne, niezwykłe jako bliskie zwykłego – tak daleko, jak czyni to Jan Paweł II, nauczając, że pełna oddania miłość seksualna jest ob­razem wewnętrznego życia Boga. Niewielu odważyło się powie­dzieć światu tak otwarcie: »Seksualność człowieka to coś znacz­nie większego, niż się wam wydaje«”.

Te 130 papieskich katechez było w jakimś sensie rozszerze­niem książki Miłość i odpowiedzialność, studium etycznego mi­łości i małżeństwa, które Wojtyła wydał w roku 1960. W powsta­waniu tego dzieła uczestniczyła też Wanda Półtawska. Po latach jej mąż powie, że miała w nim “duży udział w sprawach doty­czących małżeństwa i jego podstaw oraz całej biologii”.

Choć jej nazwisko w książce się nie pojawiło, to jednak sam Wojtyła uznawał Półtawską za współautorkę tej książki. “Sprawa rodziny i sprawa małżeństwa (…) zawsze była w moim widzeniu pierw­szoplanowa – pisał w maju 1970 roku. – Wyrazem tego widzenia stała się Miłość i odpowiedzialność – ta próba odkrycia i uporząd­kowania wartości, która chyba posiada dziś, po Soborze i po Humanae vitae, znaczenie bardziej powszechne niż wówczas, kiedy znalazła wyraz w mojej (i Twojej) książce”.

– O współautorstwie Półtawskiej papież mówił przy różnych okazjach. Pamiętam, że kiedyś powiedział przy mnie, że po jego śmierci prawa autorskie do tej książki powinny przejść właśnie na nią – opowiada abp Michalik. A Marcin Przeciszewski, pre­zes Katolickiej Agencji Informacyjnej, jest przekonany o tym, że gdyby nie Półtawska, nie byłoby cyklu katechez lub byłyby one zupełnie inne. Sama Półtawska w rozmowie z ks. Adamem Bo­nieckim przyznała, że powstały one jeszcze w Krakowie. “[My­śmy] nad tym pracowali całe życie. Ja pięćdziesiąt lat wykładam ludziom antropologię Jana Pawła II. Humanae vitae to było dzie­ło Pawła VI i Karola Wojtyły” – stwierdziła.

I choć katechezy Jana Pawła II będą później kilka razy publi­kowane w książce pt. Mężczyzną i niewiastą stworzył ich, a wśród redaktorów znajdą się m.in. nazwiska ks. prof. Tadeusza Stycznia, ks. Stanisława Dziwisza, ks. Józefa Kowalczyka czy siostry Emilii Ehrlich, to próżno tam szukać nazwiska Wandy Półtawskiej.

Tomasz Krzyżak

Fragment pochodzi z książki “Wanda Półtawska. Biografia z charakterem”.


Polecamy: