Z takim charakterem trudno zostać błogosławionym…

W życiu Karola jest coś, w czym każdy może się odnaleźć niezależnie od tego, czy żyje samotnie, w małżeństwie, czy jako osoba konsekrowana. Nie był świadkiem żadnej prawdziwej konwersji, żadnego głębokiego nawrócenia. Wierzył jednak, że Jezus ma swoje sposoby.

Pewien pułkownik francuski zorganizował przyjęcie i zaprosił na nie wiele ważnych osób. Pominął jednak jednego ze swoich podwładnych, młodego wicehrabiego. Gdy przyjęcie dobiegło końca, rozpętała się ogromna ulewa. Pułkownik wybiegł na ulicę, by zatrzymać kilka powozów dla swoich gości. Pierwszy przejechał, tak samo drugi i kolejne. Żaden z woźniców nie zamierzał się zatrzymać. Wszystkie powozy tego wieczoru zostały zamówione przez młodego wicehrabiego – Karola de Foucauld.

Ta historia, opowiadana przez abp. Fultona Sheena, wiele mówi o charakterze Karola. Był uparty, nieszczególnie zważał na konwenanse i potrafił się odegrać. Jeden z jego krewnych wspominał, że gdy byli dziećmi i na stole pojawiały się ciastka, można było mieć pewność, że nie spróbuje się ani jednego, ponieważ Karol od razu zjadał wszystkie. Zajmował się tylko tym, co sprawiało mu przyjemność. Nauka w szkole go nie interesowała. Miał sporo pieniędzy i bardzo niezobowiązujący stosunek do życia. Chyba nikt, kto patrzył na tego chłopaka, nie przypuszczał, że 13 listopada 2005 r. papież ogłosi go błogosławionym.

Karol rodzi się w 1858 r. Szybko traci rodziców i mając sześć lat, trafia wraz ze swą młodszą siostrą pod opiekę dziadków. Odbiera katolickie wychowanie charakterystyczne dla swojej epoki, które cechuje się głębokim przywiązaniem do powierzchownego praktykowania wiary. Dla chodzącego własnymi drogami nastolatka jest to niewystarczające i niewarte uwagi.

W 1876 r. Karol rozpoczyna naukę w szkole wojskowej, ale, tak jak było dotychczas, jest ona dla niego jedynie przykrym obowiązkiem. Dwa lata później umiera jego dziadek. Młody oficer dziedziczy majątek i jeszcze mocniej wikła się w życie polegające na organizowaniu przyjęć i uwodzeniu dziewcząt. Ma wszystko. Któregoś dnia zapisuje w dzienniku: “Długo śpię. Dużo jem. Mało myślę”.

W 1880 r. dostaje przydział do oddziału stacjonującego w Algierii. Do Afryki zabiera jedną z przyjaciółek zwaną Mimi, z którą żyje już od jakiegoś czasu. Gdy przełożony rozkazuje mu rozstać się z kochanką, Karol odmawia i zostaje odesłany do Francji. Zaraz potem dowiaduje się, że jego algierski oddział skierowano do udziału w kampanii. Młody oficer pragnie przeżyć przygodę, która choć na chwilę pozwoli mu zapomnieć o coraz mocniej odczuwanej wewnętrznej pustce i prosi o możliwość powrotu – już bez Mimi. Kiedy tylko akcja wojskowa się kończy i żołnierze wracają do koszar, Karol składa rezygnację.

Nie chce jednak wyjeżdżać do Francji. Być może przeraża go groza bezsensownego życia. Oczarowany afrykańskimi krajobrazami i pociągany niedostępnością Maroka, postanawia przemierzyć ten kraj. Sprawa nie jest jednak prosta. Marokańczycy traktują każdego Europejczyka jak potencjalnego szpiega. Wyprawa może skończyć się tragicznie. To tylko umacnia Karola w postanowieniu. Przebiera się za Żyda i wyrusza w drogę z rabbim Mardocheuszem.

Podróż trwa prawie rok. Karol przemierza trzy tysiące kilometrów. Udaje mu się dotrzeć do miejsc, których nie widział wcześniej żaden biały. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu czuje, że żyje. Jest głęboko poruszony, obserwując muzułmanów, którzy niezależnie od okoliczności potrafią zatrzymać się pośrodku pustyni, uklęknąć i rozpocząć modlitwę, bo właśnie w tym momencie przyszła godzina, by uwielbiać Boga. Nie rozumie tego, ale islam zaczyna poruszać w nim struny, które zdawały się od dawna zardzewiałe.

Wraca do Francji z ogromną ilością notatek i przekonaniem, że istnieją sprawy, dla których warto zgodzić się na krańcowy wysiłek, głód, zimno, niebezpieczeństwo śmierci. Paryskie Towarzystwo Geograficzne honoruje go złotym medalem, a świat naukowy nie może wyjść z podziwu. Karol wynajmuje mieszkanie niedaleko najbliższych. Ma 28 lat. I znowu czuje się wewnętrznie pusty.

Szybko jednak poznaje krąg osób, które robią na nim duże wrażenie z powodu inteligencji i szlachetności łączących się z głęboką wiarą. Karol nie wierzy, ale coraz częściej wchodzi do kościołów i powtarza słowa: “Boże, jeśli istniejesz, spraw, bym Cię poznał”. Pewnego dnia nieopodal konfesjonału zaczepia kapłana, ks. Huvelina, i prosi o rozmowę. Ksiądz każe mu uklęknąć. Karol spowiada się pierwszy raz od kilkunastu lat i przyjmuje Komunię.

Jest niewypowiedzianie szczęśliwy. Ma jeszcze wątpliwości, ale rozmowy z ks. Huvelinem dość szybko je rozwiewają. Rozpalony doświadczeniem nawrócenia pragnie jak najszybciej poświęcić się Bogu bez reszty. Przenikliwy ks. Huvelin każe czekać trzy lata. Karol żyje zdaniem, które usłyszał podczas jednego z kazań: “Jezus zajął ostatnie miejsce i nie pozwolił go sobie odebrać”. Pragnie żyć tak, jak jego Ukochany, stanąć na ostatnim miejscu.

W wieku 31 lat wstępuje do trapistów. Jego przywiązanie do reguły robi na braciach ogromne wrażenie. W tym czasie Kościół jednak postanawia, że należy ją złagodzić. Trapiści zostają zobowiązani do dodawania tłuszczu do posiłków. Karol zaczyna odczuwać, że nie jest tak ubogi, jak by tego pragnął. Marzy o małej wspólnocie, która żyłaby na wzór Świętej Rodziny. Zmiany w zakonie nie są po jego myśli.

Niczego nie ukrywa przed przełożonymi i ks. Huvelinem, którzy w wyraźny sposób przypominają mu, że obietnica nieomylności została dana Kościołowi, a nie Karolowi de Foucauld. Mimo tego pragnienie jeszcze większej prostoty i ubóstwa nie gaśnie, więc Karol, zawsze starający się o to, by niczego nie ukrywać, nie przestaje o tym mówić. Ostatecznie w 1897 r. uzyskuje zgodę na opuszczenie zakonu i udaje się do Ziemi Świętej. Do końca życia utrzymuje serdeczne więzi z trapistami, którzy nigdy nie przestali czekać na jego powrót.

Były zakonnik zatrzymuje się w Nazarecie, gdzie podejmuje pracę u sióstr klarysek za kawałek chleba. Żyje w prawdziwym uniżeniu i ubóstwie. Jest szczęśliwy, jednak znowu chce więcej. Myśli o Maroku i tych wszystkich ludziach, którzy nie znają Jezusa. Wraca do niego zdanie: “Cokolwiek byście chcieli, żeby ludzie wam czynili, i wy im czyńcie” (Mt 7,12) i czuje coraz wyraźniejsze wezwanie, by pójść do tych, do których jeszcze nikt nie poszedł. Pragnie zanieść im największy Skarb – Jezusa.

Na pewien czas wraca do Francji, by przyjąć święcenia kapłańskie, po czym w 1901 r. osiedla się na Saharze w Béni Abbès. Dzięki pomocy francuskich żołnierzy buduje dla siebie schronienie i próbuje żyć zgodnie z wzorem życia monastycznego. Przede wszystkim wiele godzin adoruje Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie, utrzymuje się z pracy własnych rąk, udziela pomocy każdemu potrzebującemu, jest bratem wszystkich. Gdy tylko może, wykupuje niewolników. Nie potrafi zgodzić się na to, że Francja w Europie szczyci się hasłem “wolność, równość, braterstwo”, a w swoich koloniach niewoli tysiące osób. Niechętnie jednak opuszcza miejsce swojego pobytu, ponieważ jest przekonany, że jako mnich powinien trwać w jednym miejscu.

Jednak pewnego dnia pułkownik Lapperine, przyjaciel Karola, zaprasza go w długą podróż w głąb kraju, do Tuaregów, dumnego ludu berberyjskiego (Berberowie sami siebie nazywają ludźmi wolnymi) w większości wyznającego islam. Karol waha się, ale gdy zdaje sobie sprawę, że jest jedynym kapłanem, który może do nich dotrzeć, wyrusza w drogę. Ta wyprawa pozostawia w nim na tyle głęboki ślad, że w 1905 r. Karol przenosi się do Tamanrassetu w górach Ahaggar, by zamieszkać pośród Tuaregów.

Żyje tam aż do 1916 r., co pewien czas podróżując, jeśli wymagają tego okoliczności, które zawsze stara się jak najdokładniej rozeznawać. W 1916 r. wybucha wojna między plemionami. Wieczorem 1 grudnia do Tamanrassetu dociera grupa uzbrojonych Senussów. Jeden z nich puka do drzwi Karola, twierdząc, że przychodzi z listem. Karol zostaje obezwładniony i pozostawiony pod strażą szesnastolatka, który trzyma wycelowaną w mnicha broń. W tym czasie pozostali szukają czegokolwiek, co nadawałoby się do zrabowania. Młody strażnik nie wytrzymuje jednak napięcia i naciska spust.

1 grudnia 1916 r. był sto lat temu. Zginął wtedy człowiek, którego historia wprawia w zdumienie. Ale czy dzisiaj Karol potrafi nas czegoś nauczyć, pomóc w przeżywaniu wiary? Jego nieomalże nadludzki heroizm może odstręczać. Co miałoby właściwie oznaczać to, że Benedykt XVI, ogłaszając go błogosławionym w 2005 r., przedstawił Kościołowi jego życie jako przykład autentycznego życia chrześcijańskiego? Przecież większość z nas ma/będzie mieć skrajnie odmienną historię!

Jest jednak w życiu Karola coś, w czym każdy może się odnaleźć niezależnie od tego, czy żyje samotnie, w małżeństwie, czy jako osoba konsekrowana. Przede wszystkim jest to wielka ufność w moc Eucharystii i obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Sposób Karola na ewangelizację polegał w dużej mierze na tym, że mężczyzna trwał przed tabernakulum. Zapisał kiedyś, że nawet jeśli on sam niczego dobrego by nie zrobił dla zbawienia innych, Jezus jest, ukryty pod postaciami chleba i wina, a taka Obecność nie pozostaje bezowocna. Miał co do tego głęboką pewność, pomimo że przez piętnaście lat życia na pustyni nie był świadkiem żadnej prawdziwej konwersji, żadnego głębokiego nawrócenia. Wierzył jednak, że Jezus ma swoje sposoby.

Karol był po prostu dobry dla innych. Gdy ktoś, urzeczony jego dobrocią, pytał, dlaczego tak postępuje, odpowiadał, że to dlatego, ponieważ służy Komuś, kto jest od niego o wiele lepszy. Można więc powiedzieć, że za najbardziej skuteczny sposób głoszenia Ewangelii uważał okazywanie miłości (jak najczęściej w sposób wymierny, przez konkretny czyn) siostrom i braciom i wskazywanie na jej Źródło.

Karol uczy również rozeznawania. Gdyby był posłuszny impulsom swojego gwałtownego i władczego charakteru, być może doprowadziłby do podziału w zakonie trapistów. Potem, jeśli udałoby mu się zamieszkać jako mnich w Béni Abbès, nie wyruszyłby do Tuaregów. Ten krok burzył przecież obraz życia mniszego, do którego był tak mocno przywiązany i który nakazywał mu pozostawać w jednym miejscu. Karol jednak nie uzależniał swoich decyzji jedynie od własnego rozumowania. Uznając swoje ograniczenia, dał się prowadzić Kościołowi.

Jego rozeznawanie polegało także na szukaniu dobra w ludziach, z którymi dzieliło go prawie wszystko: przekonania, rozumienie wiary, kultura i masę innych rzeczy. To byli ludzie z peryferii ówczesnego świata. Mimo tego zamieszkał pośród nich, chciał dzielić z nimi codzienność, bo był przekonany, że właśnie tak postąpiłby Jezus.

To tylko niewielka część z bogactwa, które zostawił po sobie saharyjski mnich. Jego przykładem zainspirowało się wielu ludzi, wybierając podobny sposób życia. Ale nie każdy musi zostawiać wszystko, żeby zamieszkać na Saharze, w slumsach lub pośród trędowatych, bo nie każdy z nas jest do tego wezwany. Nie ma jednak takiego chrześcijanina, którego Bóg w pewnym momencie nie wzywałby na pustynię, czyli do rezygnacji z tego, co zagłusza delikatny Boży głos. Właśnie wtedy Karol może okazać się niezrównanym towarzyszem.

Alicja Straszecka
tekst ukazał się pierwotnie na portalu Deon.pl


Polecamy: