Masz w sobie Boskie DNA

Kościół uczy, że świętość jest stanem konsekracji, czyli całkowitego poświęcenia Bogu. Święci są nieskazitelni, bo uczestniczą już w chwale Boga i mają udział w Jego świętości, a nie z powodu własnej doskonałości. On jako jedyny jest Święty sam z siebie i chce się dzielić z nami tą łaską. Święci za życia nie byli idealni i nieraz okropnie grzeszyli. Jednak cały czas się nawracali. Bo święty to po prostu przyjaciel Boga i człowieka. A na przyjaciołach nam zależy, prawda?

Nasze pojęcie świętości bardzo często zatrzymuje się na kulcie. Gdy myślimy o nas jako przyszłych świętych, to wyobrażamy sobie często, że nasza dusza jest z Bogiem, ale myśli są na ziemi z ludźmi. Zastanawiamy się, czego będziemy patronami, jak będzie wyglądał nasz kult, jakie cuda będziemy czynić i komu pomagać.

Myślimy o tym w kategoriach wyniesienia na ołtarze. Tymczasem powołanie do świętości jest skierowane do każdego człowieka. Wiara w świętych obcowanie szczególnie pięknie uwidocznia się w uroczystości WSZYSTKICH Świętych, zwłaszcza tych nieznanych Kościołowi z imienia. Do świętości zbliża nas codzienne życie. Każdy krok, decyzja i wyjście do drugiego człowieka uświęcają nas już tutaj. Wszystko zaczyna się na ziemi.

Błogosławieni również cieszą się pełną świętością u Boga, nie są gorsi. Beatyfikacja jest aktem zezwalającym na lokalny kult, najczęściej na ziemiach, gdzie kandydaci się urodzili lub zmarli w opinii świętości. Kanonizacja natomiast pozwala czcić taką osobę w całym Kościele. Listopadowa uroczystość jest dowodem na to, że rzesze świętych są tak naprawdę niezliczone. To najpiękniejszy dowód niezmierzonego miłosierdzia Boga. Wśród nich są zapewne nasi bliscy i ludzie, których spotkaliśmy w różnych sytuacjach. Nie bójmy się szukać, czytać i zaprzyjaźniać z nimi. Ich życie jest skarbnicą dobrych rad. Nie czcimy ich za to, że byli superbohaterami, ale za normalność. Najlepiej, jak potrafili, byli dobrymi ludźmi. I chociaż Kościół orzeka, czy dana osoba może być czczona publicznie, to sami mamy też w naszym życiu wielu przyjaciół, którzy odeszli w opinii świętości.

O nich również pamiętajmy. Nie bójmy się widzieć w nich prywatnych świętych. My też kiedyś nimi będziemy. Tego chce sam Bóg. Ja też tego chcę, a ty?

Młodzi, święci, inspirujący

Bóg ma wiele przymiotów, którymi się z nami dzieli. To te sławne talenty. „Stworzeni na obraz i podobieństwo Boga” (por. Rdz 1,27) – zastanawiałeś się kiedyś, co to w sumie znaczy?

Tak jak po rodzicach dziedziczymy kolor oczu, rysy twarzy i pewne cechy charakteru, tak samo po Bogu dziedziczymy pewne cechy. On jest bardzo bogaty, dlatego każdy z nas może powiedzieć, że jest do Niego podobny. To nie tylko zdolności, ale też nasza osobowość i wrażliwość. Realizując się w pełni, sprawiamy, że On może być jeszcze bardziej obecny w świecie i życiu każdego człowieka.

Wszystko, co czynimy, jest pomnażaniem chwały Bożej. Boże DNA jest tak hojne, że nie tylko zostałeś obdarzony pewnymi zdolnościami, ale masz też możliwość sięgać po zupełnie inne. Może nie urodziłeś się pokorny, ale możesz się nim stać. Nie urodziłeś się też hojny, ale możesz się hojności nauczyć. To jest sens ignacjańskiego słowa magis, czyli „więcej”. Z Bogiem zawsze jest więcej, dalej, głębiej…

Wszyscy mamy tę wielką potrzebę kochania i bycia kochanym. W naszym kodzie zapisana jest tęsknota za Bogiem będącym jednym wielkim kochaniem. Możesz się sobie nie podobać, ale to nie są kategorie Bożego myślenia. On potrafi stwarzać tylko piękno, dlatego stworzył nas. Do świętości zbliżamy się, rozwijając i wcielając w życie wszystkie te cechy, które są obrazem Boga. Przez nasze usta i ręce na świat przychodzi Jego miłosierdzie, sprawiedliwość i pokój. To było odkrycie św. Teresy z Lisieux. Wierność Bogu w najmniejszych rzeczach, życie z pasją i wykonywanie nawet swoich obowiązków ze świadomością, że są drogą do świętości. Nie bała się przyznać, że kiedyś będzie świętą, bo świętość rozumiała zupełnie inaczej. Nie chciała kanonizacji, chciała być z Bogiem. Zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, dlatego najbliżej Niego jesteśmy, będąc sobą. To, co nazywamy człowieczeństwem, jest tak naprawdę cząstką Boga w nas.

Swoje powołanie do świętości odkrywam dzisiaj na nowo, poznając ludzi młodych, którzy poszli za tym wezwaniem. Jest w nich niesamowita życiowa energia, pasja i nadzieja. Nie byli porażeni zwątpieniem, które dotyka nas po wielu życiowych doświadczeniach. Przeciwnie, uważali właśnie, że nie da się zrobić tylko tego, czego się nigdy nie próbowało zrobić. W swoim życiu realizowali radykalny entuzjazm. Bardzo mi się podoba znaczenie tego słowa ukryte w jego greckiej etymologii – éntheos, czyli „natchniony przez Boga, zanurzony w Nim”. Ich radość i siła, z jaką zmieniali świat, pochodziły od Stwórcy. Dzieląc się z nimi swoją mocą, pozwolił, aby oni również mogli pomóc Mu stwarzać ten świat, czynić go trochę lepszym od tego, który zastali. Świat bardziej miłosierny i sprawiedliwszy, w którym nikt nie jest przypadkowy, niechciany i zapomniany. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, oni są Synami Bożymi (por. Mt 5,9).

Pewien grecki retoryk, Lukian z Samosat, tak pisał o chrześcijanach w II wieku: „Ci opętańcy uroili sobie naprzód, że całkowicie będą nieśmiertelni i że żywot ich czeka po wieki, skutkiem czego gardzą śmiercią”. To jedno z mocniejszych zdań definiujących świętość, jakie słyszałem. Od czasu Zmartwychwstania Jezusa idziemy za Nim, nie bojąc się ani śmierci, ani tym bardziej życia. Takich ludzi kocham i szukam. Nie bali się świata, bo ten został stworzony przez Boga. Kochali świat, bo w Nim ukryty jest Bóg. Byli zakochani w życiu, bo pochodziło od Stwórcy.

Szymon Żyśko, Po tej stronie Nieba, Kraków 2018


Polecamy: