Uzdrowiła mnie Mała Tereska

Założyłam brązowy golf, bowiem od dwóch miesięcy starałam się zakryć to obrzydlistwo, które wyrosło mi na środku szyi. Miałam trzy golfy z bawełny lub cienkiej wełenki: popielaty, brązowy i ciemnozielony.

Wsiadłam w zimny samochód stojący przed klatką i jechałam ulicami śpiącego jeszcze miasta. Przywitał mnie kościół – wielki, od posadzki po krzyżowe sklepienie wypełniony przejmującym chłodem. Cała drżałam, mimo że włożyłam zimowe ubrania, a przecież był już kwiecień. Użalałam się nad sobą, że będąc w takim stanie, znalazłam się tu o tak wczesnej porze. Gdy zauważyła mnie mama, uśmiechnęła się z aprobatą, że jestem dzielna i że jednak poczucie obowiązku pokonało lenistwo. I że widocznie wcale nie jestem taka chora – to już mój komentarz, możliwe, że nieprawdziwy. Pięć osób, szósty ksiądz, krótka msza bez kazania, bez śpiewu, organów, trwająca nie dłużej niż dwadzieścia pięć minut. Wyciszyłam się wreszcie i pomyślałam o moich ukochanych, którzy zostali pokrzywdzeni przez życie śmiertelnie, odeszli za wcześnie, a ja żyję i narzekam. „Tomeczku kochany, tatuniu kochany, trzymajcie się tam, w zaświatach. Mam nadzieję, że już jesteście w niebie”.

Koniec. Wychodzimy. Siostra nachyliła mi się do ucha i szepnęła, żebym zajrzała do swojej patronki. Nie musiała tego mówić – i tak miałamzamiar ją odwiedzić. W kaplicy panował półmrok. W górze krzyż, a pod nim drewniana figura świętej Tereski w brązowym habicie z bukietem róż. U jej stóp tabernakulum z relikwiami. Przed ołtarzem dwa klęczniki – na pulpicie tego po lewej stronie ołtarza ktoś przypiął kartkę z modlitwą. Nigdy wcześniej jej tam nie widziałam. Uklękłam i przeczytałam z zaciekawieniem.

Ojcze Niebieski, który przez świętą Teresę od Dzieciątka Jezus raczyłeś przypomnieć światu miłość najlitościwszą, przepełniającą boskie Twe serce, i obudzić w nas dziecięcą ufność ku Tobie. Dzięki pokorne Ci składamy, żeś tak wielką chwałą nagrodził tę, która przez całe życie była wiernym Twym dzieckiem, i żeś Jej udzielił cudownej mocy pociągania wielkiej liczby dusz, które będą Cię chwalić przez wieczność całą. O święta Mała Teresko, pamiętaj, żeś obiecała dobrze czynić na ziemi; spuść obficie Twój deszcz róż na tych, którzy Cię wzywają, i wyjednaj nam u Boga łaskę, której za przyczyną Twoją od Jego nieskończonej dobroci oczekujemy. Amen.

Bardzo spodobała mi się ta modlitwa, a szczególne wrażenie zrobił na mnie zwrot „deszcz róż”. Ładna fraza. Po raz pierwszy usłyszałam o takim deszczu. Przeżegnałam się i wstałam. Patrząc na figurkę świętej, w myślach powtórzyłam: „Święta Tereniu, spuść na mnie deszcz róż: żeby operacja odbyła się bez komplikacji, żebym jak najszybciej powróciła do zdrowia, bo znasz moją sytuację, wiesz, że muszę szybko wracać do pracy, tylko ode mnie zależy przyszłość Asi i Gabrysi”. Jeszcze raz się przeżegnałam i już miałam odejść, gdy nagle przez witraż z prawej strony wpadły słoneczne promienie, a przechodząc przez kolorowe szybki, rozświetliły figurę świętej na niebiesko, zielono i różowo. Ta gra świateł była tak piękna, że zatrzymałam się i w tym samym momencie całą swoją istotą poczułam, że coś się dzieje. Usłyszałam cichy dźwięk, podobny do tego, jaki słyszymy, gdy podchodzimy zbyt blisko linii wysokiego napięcia, coś w rodzaju brzęczenia. Później, dużo później, pojęłam, że to po prostu moje fale mózgowe zostały przestawione na inną częstotliwość.

W tym momencie zaczęło się dziać coś niezwykłego. Na wysokości dłoni świętej ujrzałambiałą różę, która zaczęła się do mnie zbliżać. Ten moment wprawił mnie w zachwyt. Pomyślałam, że wyobrażam sobie tę płynącą w powietrzu różę i że za chwilę kwiat zniknie, kiedy zderzy się z materią, czyli z tkaniną mojej jesionki czy skórą mojej dłoni. A to dopiero był początek. Róża nie znikła. Czułam, że dotyka mojego guza, a szyję oplatają chłodne i wilgotne łodygi. Nie było to miłe uczucie. I nagle zobaczyłam, co się dzieje, jakbym miała przed sobą lustro. Poczułam mocne ukłucie, jak przy wbijaniu igły. Stałam nieruchomo i obserwowałam niezwykłe zjawisko. Płatki zewnętrzne róży, te, które w wazonie opadają pierwsze, nasiąkały gęstą brunatną cieczą, po czym odrywały się i spadały na posadzkę. W miejsce oderwanych płatków natychmiast pojawiały się nowe. Widziałam to. Czułam, jak, opadając, dotykają mojego ciała, które musiało być nagie. Ciała nie widziałam, ale człowiek czuje, kiedy jest nagi i trzęsie się z zimna. Po piersiach, po udach wciąż spadały brudne, wilgotne płatki róży. Były ich dziesiątki, ponieważ w chwili gdy te nasiąknięte odpadały, w ich miejsce pojawiały się nowe – bielusieńkie jak śnieg, jak gaza, jak bandaż. Płyn, czy raczej galaretowata ciecz, zmieniał kolor. Widziałam wyraźnie. Najpierw płatki miały kolor ciemnobrązowy, po chwili zbożowej kawy, następnie ciemnożółty, jasnożółty, ale brzydki, ropny, a potem różowawy, mocno różowy i wreszcie czerwony. Wiedziałam, że to oczyszczona krew. I nagle stop. Wróciłam do rzeczywistości. Stałam w ubraniu i cała trzęsłam się z zimna. Przypomniałam sobie, że moi bliscy czekają na mnie przed kościołem. Przeżegnałam się i wyszłam oszołomiona.

– No co tak długo? – zapytała zniecierpliwiona siostra.

Dziwne, ale mama nie zbeształa mnie za to, że tak długo kazałam na siebie czekać, a nawet zapraszała serdecznie na śniadanie. Przygotowała coś wyjątkowego, co każda z nas mogła zabrać do domu. Brzmiało to kusząco, ponieważ w kuchni była Michałem Aniołem. Podziękowałam. Pragnęłam jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie miałam pojęcia, co zaszło. Czy cokolwiek się wydarzyło? Przypuszczałam, że mój umysł mógł sobie to wszystko wymyślić. Nigdy nie zdarzyło mi się nic podobnego. Jedno było pewne. Ulotnił się depresyjny stan przygnębienia, w którym byłam pogrążona od dwóch miesięcy. Ogarnął mnie spokój i pewność, że operacja się powiedzie, że nie dojdzie do żadnych przerzutów – specjaliści, do których wysyłała mniemoja pani doktor, wciąż ich szukali w różnych zakamarkach mojego organizmu.

Szybko się pożegnałam i wsiadłam do samochodu. Korzystając z takiego nastroju – zdziwionej radości? – zdobyłam się na załatwienie kilku najpilniejszych papierkowych spraw, a nawet wykonałam ważne telefony. Tego wyjątkowego dnia nie położyłam się do łóżka, bo byłam zbyt podekscytowana. Nie umiałabym leżeć. Sięgnęłam na półkę po Dzieje duszy spisane przez młodziutką karmelitankę. Dostałam je od mojej ukochanej przyjaciółki Zuzanny. Gdy zobaczyła je na wystawie jakiejś katolickiej księgarni, pomyślała o mnie, weszła do środka i kupiła mi w prezencie. Wiedziała oczywiście, że święta Tereska jest moją patronką. Zaczęłam je czytać, a właściwie przeglądać, dopiero teraz. W domu rodzinnym również była ta książka, lecz jako nastolatka nigdy nie mogłam się zdobyć, aby ją przeczytać. Wydawała mi się trudna, prawie nie miała akapitów ani dialogów. Mama nie mogła tego przeboleć: – Przecież to twoja patronka. Powinnaś poznać życie swojej patronki – perswadowała. Niestety, nie potrafiłam wzbudzić w sobie najmniejszego zainteresowania świętą Tereską.

Zapamiętałam słowa ciotki Agnieszki skierowane do mojej mamy: „Co to za święta, która wychowała się w cieplarnianych warunkach, otoczona dobrobytem materialnym i miłością bliskich, a zanim zdążyła poznać prawdziwe życie, ukryła się w klasztorze, a w klasztorze nie ma pokus, nie ma zła. Nic szczególnego ani wielkiego za życia nie uczyniła. Owszem cierpiała, bo zachorowała na gruźlicę, ale przecież w dziewiętnastym wieku tysiące ludzi umierało na tę chorobę”.

Nie pamiętam, jaka była odpowiedź mojej mamy, sądzę, że przekonywała młodszą siostrę, że nawet w klasztorze nie jest łatwo wznieść się na takie szczyty świętości. Musiałam wyjść, więc nie wiem, jakich argumentów użyła, ale teraz muszę przyznać rację mojej mamie.

Tym razem gorączkowo kartkowałam pamiętnik mojej patronki. Otwierałam to tu, to tam, czytałam, nie mogąc się od niego oderwać. Czytałam cicho, odpowiadałam na głos, jakbym rozmawiała. Nie opuszczało mnie wrażenie, że święta Terenia jest tuż obok, mimo że jej nie widziałam. Minęło kilka godzin. Poczułam głód. Przypomniałam sobie, że dzisiaj jeszcze nic nie jadłam.

Z żalem odłożyłam książkę. Nie mogłam się nadziwić: Jak mogła nie porwać mnie ta lektura, kiedy byłam młodą dziewczyną? Przecież uwielbiałam czytać, nie byłam tumanem, który czyta jedną książkę na rok. Oczy musiały mi zajść bielmem, moje serce dostało głupawki, a dusza ogłuchła. Doprawdy miała świętą rację Terenia, że wszyscy jesteśmy chorzy i potrzebujemy uzdrowienia przez Miłość Miłosierną.

Ktoś zadzwonił, nie pamiętam kto. Pytał, jak się czuję. Powiedziałam, że lepiej, że rano byłam na mszy za Tomka i tatę, bo bałam się mamy. Po drugiej stronie w odpowiedzi usłyszałam wyrozumiały śmiech. Nie wspomniałam o tym, co wydarzyło się w kościele.

Dopiero około dwudziestej drugiej poczułam zmęczenie i senność. Wciąż czułam radość, że jednak pojechałam do kościoła. Nie przyszło mi do głowy, by do kogoś zadzwonić i opowiedzieć o tym, co przeżyłam. Usiłowałam spokojnie przemyśleć to, co się stało w kaplicy. Doszłam do wniosku, że miałam piękną wizję. Pragnęłam zachować ją dla siebie. Nie planowałam zwierzać się z niej komukolwiek, ponieważ drżałam z obawy, że samymi słowami mogę ją umniejszyć,

a słuchający mimo woli zniekształci ją w swoim umyśle. Znajdowałam się w stanie uwznioślenia – nie potrafię inaczej tego nazwać. Miałam w sobie światło i wdzięczność – pragnęłam, aby to trwało możliwie najdłużej – a najdłużej to było dwa dni, bo zbliżała się wyznaczona wizyta u pani doktor. Miałam jej dostarczyć zaświadczenie o szczepieniu na żółtaczkę, a odebrać skierowanie do szpitala.

Teraz będzie najlepsze.

Zrobiło się już późno. Poczułam się senna, więc postanowiłam udać się na spoczynek. W łazience zdjęłam golf i jak każdego wieczoru spojrzałam do lustra, żeby popatrzeć na to coś wstrętnego, wielkości dużego jabłka. Zawsze łudziłam się, że guz odrobinę się zmniejszył, niedużo, ale ciut. Tym razem jednak w ogóle go nie było! Znikł! W miejscu po nim pojawiło się lekkie zaczerwienienie. Ze zdumieniem odkryłam też wokół szyi ślad po zadrapaniu, jakby gałązką z kolcami – miałam na skórze zaschnięte kropelki krwi. Do tej chwili przez cały długi dzień myślałam, że spotkało mnie coś cudownego, wyjątkowego, niesamowitego – mój mózg potrafił dokonać wizualizacji: pojawienie się promieni słonecznych pokolorowanych przez szkło witraża na figurce świętej, dziwny dźwięk i biała róża płynąca od figurki. Teraz pojęłam, że nic mi się nie wydawało – obserwowałam na żywo „operację”. Pierwsza myśl: „Do kogo powinnam zadzwonić, by opowiedzieć o tym, co się stało. Najlepiej będzie, kiedy pokażę szyję z tymi malutkimi strupkami po zadrapaniu przez różę”.

Druga myśl: „Przecież to niemożliwe. Kto mi uwierzy, że stał się cud? Dlaczego miałby przytrafić się akurat mnie? Czy to coś obrzydliwego znikło? Jutro może odrosnąć. Przecież mam strupki naokoło szyi? Powiedzą, że mógł mnie zadrapać kot. Dlaczego tak równo?”. Sama wątpiłam i sama sobie odpowiadałam. Ostatecznie postanowiłam, że uwierzę w cud, jeśli pani doktor stwierdzi, że jestem zdrowa. Pokłady niedowiarstwa w człowieku są tak grube jak złoża antracytu w kopalni. Choć moja dusza wierzyła w cud, to mój umysł nie potrafił się z tym uporać. Pierwsze pytanie, jakie stawiał, brzmiało: „Dlaczego ja?”.

Teresa Ewa Opoka


Polecamy:

75936     74669     65422     71735



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *